kontakt: kuba.libre
USUŃ @poczta.fm

zapiski gracza w domino

politycznie

piątek, 07 lipca 2017

„(...) wizy miały być zniesione ale jak podpisałem to okazało się, że zamiast Poland jest Holland; czeski błąd, córka pisała, sorki, podobnie było z dominem; zaprosiłem Hillary na pizzę a ona myślała, że będziemy grać w tę grę dla plebsu; więc się obraziła i poszła grać w miasto; to jest gra dla biedoty, która robi zakupy w tych sklepach, co to się nazywają tak jak te robactwo, które zrzuciliśmy wam w dawnych czasach żeby wyżerała komunistyczne kartofle;(...) więc teraz (sprze)damy wam rakiety aby ostatecznie wybić to świństwo; (...) więc wizy zostają ale do pizzy będą frytki gratis (...)“



piątek, 26 maja 2017

Amerykanie mawiają, że za każdym sukcesem wielkiego mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta. Ostatnio wybrany prezydent Francji deklaruje wyjątkową rolę swojej żony, która mogłaby być jego matką. Nie do pomyślenia jest to w Rosji. Próżno szukać tam dowodów na to, jak kobiece wsparcie, miłość, mobilizacja, determinacja i wiedza potrafią wynieść na wyżyny mężczyznę jeżeli za punkt odniesienia weźmiemy tamtejsze Pierwsze Damy. Tam Lider Narodowy jest jak dominujący w stadzie basior, któremu wsparcie samicy stanowiłaby ujmę na honorze. Tak jak w czasach ZSRR i obecnie rosyjskie Pierwoje Lejdi to temat tabu. Choć wiadomo, że ich mężowie nie żyją w celibacie to oficjalnie prawie ich nie ma. Są takie przeźroczyste. Więc nie pisze się o nich ani nie fotografuje. Przykładowo o Wiktorii Piotrownie, żonie Leonida Breżniewa, wiele powiedzieć nie można. Ich wzajemne relacje małżeńskie określano jako staromodne. Oddana całkowicie życiu domowemu, korzystała jednak chętnie z luksusów życia w cieniu męża, i przeżyła go o trzynaście lat. Nie lubiła pokazywać się publicznie, a jej zdjęcia można podobno policzyć na palcach jednej ręki. Jak choćby to, które prezentuję poniżej wykonane podczas dominowej rozgrywki z mężem, wielkim miłośnikiem tej gry:



niedziela, 26 marca 2017

Nie dziwi mnie, że syn Jacka Kuronia został kucharzem. Ale nawet gdy uprawia się apolityczny zawód jako osobowość telewizyjna trzeba nadal pamiętać, że nie kąsa się ręki, która karmi. W czasach komuny zapomniał o tym słynny „Wicherek“, z pozoru neutralny zapowiadacz pogody, i jego słynna fraza o tym, że „wiatr ze wschodu nie przynosi nic dobrego“ zakończyła jego medialną karierę. Obecnie poszalał w tym względzie słynny, krakowski krojczy cebuli. Zaczynając jako piewca rodzimej kuchni z ewentualną nutą obcej jednakże słowiańskiej okrasy idealnie wpisywał się w model telewizji narodowej. Ale gdy w kupowanych z abonamentu programach zaczął prezentować zapodawać zamorskie podróże kulinarne to wzbudziło to słuszną zazdrość, że za pieniądze oglądaczy urządza sobie hedonistyczne wojaże. Następnym krokiem zadufanego w swą bezkarność celebryty były niepochlebne wypowiedzi na temat jedynej, słusznej telewizorni. Może to forma dziwnej autopromocji nie mniej jednak mnie, który hejterstwo i nienawiść do jednostek wybijających się odziedziczyłem po polskich przodkach, oburzył fakt, że ten niby-kucharz podczas pobytu na Kubie zamiast gotować pogrywał sobie w domino, zapewne uprawiając hazard! O czym uniżenie donoszę a jako dowód prezentuję ten chałupniczo wykonany kadr z ekranu:

ps.
„Wicherek“ mylił się co do wiatru z wschodu: to w Moskwie powstał słynny łind of czeńcz, którego podmuch obalił mur w Berlinie

piątek, 20 stycznia 2017

Wybrałem się w wirtualną podróż do Republiki Dominikany, jednego z najbardziej zdominowanych krajów świata, za sprawą książki „Święto Kozła“, którą napisał Mario Vargas Llosa. Trochę dlatego, że ostatniego noblisty to nie ma za bardzo co czytać (czekam kiedy Oskary będą dawać za filmy na jutubie) a trochę przez „Rozmowę w Katedrze“, którą przeczytałem bo według jednej z internetowych recenzji w „Polsce lat 70. ta powieść spełniała oczekiwania, których wówczas nie mogła spełnić literatura polska! Czytano tę książkę jako opis polskiej rzeczywistości, a cenzura tego nie zauważyła!“ Czy podobnie będzie ze „Świętem Kozła“? Dla mnie głównym motywem książki jest udany zamach na Rafaela Trujillo, suwerena rządzącego Dominikaną w latach 1930-1961. Autor przedstawia go, podkreślając jego fascynację „Quo vadis“, jako Cezara z Karaibów, seksualnego rozpustnika i krwawego hegemona, który swoich wrogów wrzucał na pożarcie rekinom zamiast lwom. Wątek, spinającej klamrą całą książkę wzorowany na biblijno-mitologicznej opowieści, w której wierny wyznawca składa Bogu w ofierze swe dziecko, czyni z Rafaela Trujillo dominikańskiego boga. A przecież przez ostatnie dziesięć lat swego żywota nie sprawował on żadnej państwowej funkcji. Wszystkie urzędy w państwie obsadził rodziną oraz wiernymi sobie akolitami aby zręcznymi intrygami sterować całym narodem. Był po prostu El Jefe. Zanim jednak zdążył podpalić tę karaibską wyspę jak Neron Rzym, przebiegli Jankesi, którzy nie chcieli żeby na wyprzedaży po pożarze władzę przejęli komuniści jak na pobliskiej Kubie, podpuścili paru prawicowych patriotów, którzy go skutecznie zabili. Lecz to nie oni stali się beneficjentami tego zamachu lecz Joaquín Balaguer ówczesny marionetkowy Prezydent Dominikany. Gdy bohaterka wątku biblijno-mitologicznego po 30 latach od swoje ucieczki odwiedza Dominikanę dr Balaguer jest znowu prezydentem. Po raz kolejny. W sumie był prezydentem przez 24 lata lecz wiele wskazuje na to, że niejedne wygrane wybory były prawdopodobnie sfałszowane. Z lat 60. pochodzi wyborcze domino, którego pudełko zdobi portret Balaguera oraz jego hasło wyborcze a na kamieniach zamiast mydła jest również jego portret.   

Jeżeli mój dekadencki i nihilistyczny wpis nie przekonał Cię do lektury polecam Cień dyktatora czyli zapis rozmowy-wywiadu dwóch miłośników Dominikany.

piątek, 02 grudnia 2016

W książce „Kocia kołyska“ stolica San Lorenzo, fikcyjnego państwa na karaibskiej wyspie, nazywa się Bolivar „na cześć Simóna Bolívara, wielkiego południowoamerykańskiego idealisty i bohatera“. Bo Simóna Bolívar to bohater nie tylko jednego kraju, ale całego kontynentu, który w czyn wprowadził marzenie o wyzwoleniu Ameryki Południowej spod panowania Hiszpanów. Na jego cześć jedno z państw, które powstało w wyniku tych wydarzeń, nazywa się Boliwia. W Wenezueli, nazwisko Bolívara nosi miejscowa waluta, główny plac w każdym mieście, kilkaset wiosek, jeden z regionów administracyjnych oraz najwyższy szczyt a pełna nazwa tego kraju to Boliwariańska Republika Wenezueli. W jednym z miast Wenezueli na muralu Hugo Chávez oraz Simóna Bolívar grają więc w domino przeciwko parze Alí Primera - Fidel Castro. Były lider narodowy Wenezueli, prezydent Chávez nie krył swojej admiracji dla Bolívara, uważając się za jego polityczno-społecznego sukcesora. Na muralu podkreśla to fakt, że Bolívar odziany jest w koszulkę z „oczami Cháveza“, politycznym logotypem jakim posługują się i obecni wielbiciele byłego wenezuelskiego prezydenta. Alí Primera to legenda wenezuelskiej pieśni zaangażowanej społeczno-politycznie. Ale co tam robi Fidel Castro, który dopiero co dołączył do elitarnego grona „wiecznie żywych“?
Kurt Vonnegut w „Kociej kołysce“ przedstawił jak śmierć dyktatora władającego jedną z karaibskich wysp wpłynęła na losy całego świata. Mam nadzieję, że po odejścia El Comandante czyny jego następców nie zmrożą nas... in saecula saeculorum.

piątek, 04 listopada 2016

Ubrana w bejsobolówkę i tshirt, Margarita Cedeño de Fernández wygląda bardziej na dominikańską pokojówkę na Manhattanie, niż na urzędującego Wiceprezydenta Republiki Dominikany. Taki polityczny chwyt reklamowy. Męskie stanowisko. Męska gra w domino na ulicy. Czytelny sygnał dla wyborców.

Margaritą Cedeño de Fernández w nadchodzących wyborach prezydenckich w USA otwarcie wspiera Hillary Clinton, namawiając mieszkających tam Dominikańczyków do głosowania na kandydatkę Demokratów. Obie panie łączy to, że wspierały swego czasu swoich mężów jako Pierwsze Damy oraz... wyborcza gra w domino z ludem. Mierząca o wiele wyżej niż jej dominikańska koleżanka, była sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, nie mogła więc sobie pozwolić na przegraną w dominowej ustawce. Jako dominowy gracz mogę potępiać styl jej wygranej ale wiem, że w polityce (jak i na wojnie) zagranie złym kamieniem jest niestety dozwolone.

piątek, 02 września 2016

Dla mnie znakiem z niebios Olimpu w czasie ostatniej Olimpiady była informacja, że zmarł João Havelange - brazylijski działacz sportowy, który z idei olimpijskiej oraz światowego futbolu zrobił produkt finansowo-biznesowy. Ponieważ sam bezwstydnie porównywał się do papieża więc dla mnie był jak Rodrigo Borgia. Oskarżano go o rządy pełne układów, płatnej protekcji, nepotyzmu oraz świeckiej symonii. Dzięki niemu uprawianie sportu samo w sobie straciło sens. Bo istnieje tylko to, co jest dostrzegalne i sprzedawalne! Jaką wartość przedstawia biegacz bez fejsbuka oraz markowych bucików?
Zgodnie z tą teorią sport ma być konsumowany. Najważniejsze jest, żeby idole sprzedali przesolone czipsy, napój z mega ilością cukru w cukrze lub inny (nie)zbędny do życia gadżet. Muszę uwierzyć, że jeżeli mam coś co reklamuje mistrz sportu to też jestem miszczem. Czy oznacza to, że bez bez produktu namaszczonego wielkim sportem przestaję istnieć?
Myślę, że  ktoś kto cieszy się z kontaktu z drugim człowiekiem, szary zjadacz chleba, któremu chce się codziennie wstać z łóżka, kogo cieszy to co robi, choćby była to tak błaha rzecz jaką jest chociażby partyjka domina z przyjaciółmi, udowadnia, że wbrew konsumpcyjnym teoriom naprawdę żyje. Takie właśnie proste istnienie, które sączy się kropla po kropli w najbardziej zapomnianych zakątkach naszego globu, którego przejawem może być partyjka domina w brazylijskiej faweli, powinno zarażać nas miłością do wszystkiego co zwykłe, niedocenione, tanie, mało znane, zapomniane…

piątek, 26 sierpnia 2016

Komu potrzebne jest domino? Albo kości? Małe, zapomniane gry, które dla jednych stanowią jedynie kłopot, a dla innych hobby. Gdy świat odwróci od nich wzrok, po prostu przestaną istnieć, bo dzisiaj istniej tylko to, co jest dostrzegane przez innych. Istnienie samo w sobie dawno już straciło sens. CDN

powyższy wpis powstał na bazie cytatu z książki Andrzeja Stasiuka "Fado"

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Najszybszy gracz dominowy na świecie czyli Usain Bolt, na zamkniętej wczoraj Olimpiadzie w Rio, zdobył 3 złote medale. Jak zdradził w jednym z wywiadów lubi grywać w domino ze starszymi graczami np. ze swoim trenerem. Czyni go to lepszym graczem. Zauważył bowiem, że starszy doświadczony, gracz myśli jaśniej. Naśladując ten styl młody gracz może całkowicie zdominować swoich rówieśników. Za dobrym zawodnikiem stoi dobry trener, grający w domino oczywiście... 

Polska ekipa (241 zawodników) w Rio zdobyła 11 medali czyli tyle samo co ekipa Jamajki (63 zawodników). Może zamiast kombinować i wymyślać jakiś nowy program +500 dla polskiego sportu zawodowego warto podpatrzyć rozwiązania z Jamajki? Najlepiej zacząć od obowiązkowych zajęć z gry w domino, już w podstawówce... 
CDN

piątek, 10 czerwca 2016

W przeszłości obawialiśmy się, że turystyka nas zhańbi, ale turystyka to złoto
- Fidel Castro, kubański lider i rewolucjonista

W którym kierunku podryfuje Kuba, wyspa gorąca?
Czy stanie się kolorowym miejscem ludzi szczęśliwych grających w domino pośród balujących współbraci, jeżdżących wypasionymi brykami jak z kolekcji Jay’a Leno?

Czy może będzie jak odrapana sień w kolonialnej, walącej się kamienicy, którą wieczorami miejscowy prekariat zamieni w salon gry w domino?

Rosyjski scenariusz dwóch dekad po komunie znajdziecie w książce ubiegłorocznej noblistki Swiatłany Aleksijewicz pod tytułem „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”. Moim zdaniem jest to jednak lektura zbyt smutna, żeby czytać ją na wakacjach. Ja jadąc niebawem do mojego Balbec w podróży zamiast jakiegoś ilustrowanego periodyka dla prawdziwego maczo ogarnę "Głodne kawałki. Kill Grill 2" a na plaży przytulę się do 5. część „W poszukiwaniu straconego czasu“ w formie papierofonu Mam nadzieję, że oprócz literatury i plażowania znajdę czas na partyjkę domina...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7