kontakt: kuba.libre
USUŃ @poczta.fm

zapiski gracza w domino

politycznie

piątek, 16 marca 2018

Jako wyznawca teorii spiskowych, gdy skonsumowałem amerykański bestseller dopiero co wydany w Polsce jako „Elegia dla bidoków“, doszedłem do wniosku, że przedstawia biografię idealną, która nie może być udziałem jednej osoby. Wydaje się kolażem wielu biografii jak opisywany w książce „Doktor Faustus“ żywot genialnego kompozytora, w którym czytelnicy doszukują się okruchów żywotów Mozarta, Beethovena czy Czajkowskiego. Dla czytających między wierszami, które nierzadko wypełniają słowa powszechnie uważane za plugawe i obelżywe, „Elegia dla bidoków“ reklamowana jest jako odpowiedź na pytanie dlaczego Ameryka wybrała Donalda Trumpa, choć to biografia wymarzona dla prezydenta Demokratów. Choćby taki Bill Clinton. Pochodzi z biednej rodziny a jego biologiczny ojciec, zginął w wypadku samochodowym przed jego narodzinami. We wczesnym dzieciństwie opiekowali się nim dziadkowie. Jego matka była pielęgniarką i miała czterech mężów. W wieku 15 lat oficjalnie przejął nazwisko ojczyma (drugiego męża matki), którego wspomina jako hazardzistę i alkoholika, często dającego wycisk żonie i przyrodniemu bratu.  Ostatecznie jednak podobnie jak bohater „Elegii dla bidoków“ ukończył prawo na elitarnym Uniwersytecie Yale, gdzie również poznał swoją przyszłą żonę. Przypadek?
W sumie to z faktami z życia Billa Clintona zapoznałem się po tym jak jego żona urządziła sobie dominową ustawkę w czasie swojej kampanii prezydenckiej. Okazało się, że były prezydent uważa się z dobrego dominowego gracza a dominowy incydent małżonki skomentował tak: "Wyśmiewała się ze mnie, ponieważ kiedy byłem małym chłopcem, rodzice grywali w domino co tydzień w czasach mojego dzieciństwa, z moim wujkiem i ciotką, więc byłem całkiem dobry w domino.“ Swoją obecną dominową formę mógł zweryfikować podczas wizyty w Portoryko w 2017 roku, gdzie zagrał w domino z Panią Burmistrz San Juan na miejskim targowisku, które ma zelektryfikować solarnie „Clinton Foundation“, jako pomoc w usuwaniu skutków huraganu Maria. Przypadek?

sobota, 24 lutego 2018

101 lat temu trwała I wojna światowa. Na krótko przed swoja abdykacją Mikołaj II pod datą 26 lutego 1917 zapisał w pamiętniku:
O godz.10 poszedłem na nabożeństwo. Raport skończył się wcześnie. Na śniadaniu było dużo osób i wszyscy obecni w kwaterze cudzoziemcy. Napisałem do Alix i pojechałem szosą w kierunku cerkwi. Dzień był jasny, mroźny. Po herbacie poczytałem i przyjąłem przed obiadem gen. Tregubowa. Wieczorem zagrałem w domino.
60 lat później trwała w najlepsze zimna wojna a Leonid Breżniew jako Gensek sprawował wówczas władzę równą carom. 20 lipca 1977 zapisał w pamiętniku:
Śniadanie. Golenie. Pływałem w morzu 1 godz. 10 min., potem w basenie. Poszedłem na molo. Zabiliśmy kozła. Obiad. Rozesłać wśród Politbiura materiał o rakiecie transportowej Czełomieja. Odnośnie operacji zdemaskowania szpiegostwa pracowników ambasady USA. Zgadzam się z projektem uchwały i nagradzaniem osób, prowadzących tę operację. Pograłem w domino z Czernienko.

A w co teraz grywa car?

sobota, 17 lutego 2018

Kosowo było częścią Jugosławii a po jej rozpadzie pozostawało częścią Serbii aż do serii jednych z najcięższych bombardowań po II WŚ w 1999 roku. Wkrótce potem Amerykanie wybudowali tam Camp Bondsteel czyli jedną z największych baz wojskowych poza granicami USA, gdzie dziś stacjonuje ponad 7000 żołnierzy. Dokładnie 10 lat temu w 2008 roku Kosowo ogłosiło jednostronną niezależność od Serbii. Obecnie jest uznawane przez ponad 100 państw, w tym Polskę. To typowa Dominowa Republika: utworzona na życzenie i na potrzeby Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody i zamieszkana przez Albańczyków - wielkich miłośników gry w domino. Z punktu widzenia czystej ekonomii to projekt ułomny, któremu nie opłacało się tworzyć własnej waluty więc przyjęto euro, dodatkowo dławiony nepotyzmem, korupcją i bezrobociem. W dwumilionowym Kosowie, które zajmuje obszar mniej więcej województwa świętokrzyskiego, ponad 60% społeczeństwa nie ma stałej pracy. Wielu Kosowian utrzymuje swoje rodziny w kraju z pracy za granicę. Dlatego Kosowo poczytywane przez przeciwników jako 51. zamorski stan USA wcale nie miałoby nic przeciwko temu. Uwielbienie dla Amerykanów jako gwarantów istnienia Kosowa widać na tamtejszych ulicach. Wszędzie pełno amerykańskich flag i nazw, a amerykańscy politycy mają tam swoje pomniki i ulice. Są w stanie zaakceptować to, że ambasador USA przynosi posłom w kopercie nazwiska kandydatów na prezydenta Kosowa, w zamian za amerykański paszport i możliwość wyjazdu do kraju Wielkiego Brata aby na emeryturze móc zasiąść do partyjki domina jak starzy emigranci z Kosowa w Starbucksie w Stamford:



piątek, 15 grudnia 2017

„Archipelag Gułag“. Jak mniejszość nazywana większością mogła sprawować władzę bez poparcia większości? Wystarczyło otwarcie postawić na łotrów: bezlitosnych, bezmyślnych, gotowych aby utrzymać się przy żłobie, na każde upodlenie, donos, czy łajdactwo. Egzekutywa, zbudowana z łotrów, stopniowo ekspediowała na Archipelag Gułag idealistów, ludzi uczciwych i samodzielnie myślących, potem słabszych lub niewygodnych łotrów aby finalnie w jej szeregach pozostali łotrzy bez sumienia i duszy, sprawujący rządy nad zastraszoną masą zwykłych, niby-wolnych obywateli. Wszystko scementowano strachem – przed zesłaniem, obozem pracy lub niełaską ze strony egzekutywy. A bycie łotrem się opłacało bo gdy stylem władzy jest łotrostwo - nikt łotra nie rozliczy. „Nie karząc, nawet nie ganiąc złoczyńców, my tylko nie dbamy o spokój ich nędznej starości - ile raczej wyrywamy spod nowych pokoleń wszelkie podstawy sprawiedliwości. (...) Młodzi utrwalają sobie w pamięci, że podłość nigdy w świecie nie podlega karze, zawsze natomiast zapewnia dostatek.“  

Przykładem gułagowej sztuki jest powyższa grafika Marlena Spindlera (1931-2003). „Bezkompromisowe dążenie do wolności i sprawiedliwości, w zniewolonym społeczeństwie Związku Radzieckiego, okazało się wielkim ciężarem dla artysty: w sumie prawie 15 lat spędził w obozach i na zesłaniu.”

środa, 13 grudnia 2017

„Lord Jim“, „Jądro ciemności“, „Czas Apokalipsy“...
„Jądro ciemności“, mimo że powstało ponad sto lat temu, było aktualne „w czasach apokalipsy“ i jest aktualne teraz. Nawet „w czasach pokoju“ możesz jako korporacyjny oficer stać się Kurtzem. Szczególnie w skolonizowanym przez korporacje kraju nad Wisłą, każdy wydawałoby się inteligentny człowiek może przejść na ciemną stronę mocy, gdzie najwyższą wartością jest pogarda człowieka dla drugiego człowieka, wyznawanie ideologii hejtu i demonstracja wyższości wobec obcych i słabszych. Homo homini lupus. Zło to czysta inteligencja urządzająca igrzyska śmie(r)ci. Citius-Altius-Fortius drogie korpo-szczury. Zamiast godziwej zapłaty badanie satysfakcji pracowników, bhp über alles, ISO, 5S i „praca w młodym, dynamicznym zespole“.
Mimo doświadczeń dwóch wojen światowych, krwawych rządów czerwonych i brunatnych tyranów, wietnamów, afganistanów, gułagów, zawsze znajdują się liderzy, mali duchem lecz dużej wiary w swoją nadludzką mądrość, święcie przekonani, że są upoważnieni do bezwzględnego dominowania nad innymi ludźmi. I znajdą się tacy, którzy w imię swych małych, partykularnych interesów staną się ich bezwzględnymi akolitami.
Uciec ale dokąd?

piątek, 10 listopada 2017

Jakieś 100 lat temu wystrzał z Aurory ogłosił urbi et orbi, że oto narodził się homo sovieticus. A stworzony on był aby wyznawał komunizm, który dawał mu gwarantowaną pracę, hipotetyczny udział we władzy oraz teoretyczne poczucie własnej godności. Jeśli jednak komunizm przestałby zaspokajać jego oczekiwania gotów był on do buntu oraz konwersji na kapitalizm, byleby tylko kapitalistyczni liderzy zaspokajali te potrzeby, których nie zdołali zaspokoić komuniści. Wiedział o tym Wielki Wąsacz i stworzył dla niedoszłych buntowników Archipelag Gułag. Czy jednak ci upadli, osądzeni i ukarani wybrańcy są inni niż pokorna, nieosadzona reszta? „Są tacy sami, jak ci, co obok nich w tym samym czasie ukształtowali się w robotniczych osiedlach, na zebraniach związkowych, ci, których urobiła służba w armii sowieckiej. Tak samo wyładowują remanenty swojego zawadiactwa przy grze w domino, waląc w blat kostkami. Taką sama aprobatą kwitują każdy błysk w telewizorze. W odpowiedniej chwili z takim samym gniewem piętnują południowoafrykańskich rasistów i wysupłują swoje grosze na pomoc dla Kuby.“



piątek, 07 lipca 2017

„(...) wizy miały być zniesione ale jak podpisałem to okazało się, że zamiast Poland jest Holland; czeski błąd, córka pisała, sorki, podobnie było z dominem; zaprosiłem Hillary na pizzę a ona myślała, że będziemy grać w tę grę dla plebsu; więc się obraziła i poszła grać w miasto; to jest gra dla biedoty, która robi zakupy w tych sklepach, co to się nazywają tak jak te robactwo, które zrzuciliśmy wam w dawnych czasach żeby wyżerała komunistyczne kartofle;(...) więc teraz (sprze)damy wam rakiety aby ostatecznie wybić to świństwo; (...) więc wizy zostają ale do pizzy będą frytki gratis (...)“



piątek, 26 maja 2017

Amerykanie mawiają, że za każdym sukcesem wielkiego mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta. Ostatnio wybrany prezydent Francji deklaruje wyjątkową rolę swojej żony, która mogłaby być jego matką. Nie do pomyślenia jest to w Rosji. Próżno szukać tam dowodów na to, jak kobiece wsparcie, miłość, mobilizacja, determinacja i wiedza potrafią wynieść na wyżyny mężczyznę jeżeli za punkt odniesienia weźmiemy tamtejsze Pierwsze Damy. Tam Lider Narodowy jest jak dominujący w stadzie basior, któremu wsparcie samicy stanowiłaby ujmę na honorze. Tak jak w czasach ZSRR i obecnie rosyjskie Pierwoje Lejdi to temat tabu. Choć wiadomo, że ich mężowie nie żyją w celibacie to oficjalnie prawie ich nie ma. Są takie przeźroczyste. Więc nie pisze się o nich ani nie fotografuje. Przykładowo o Wiktorii Piotrownie, żonie Leonida Breżniewa, wiele powiedzieć nie można. Ich wzajemne relacje małżeńskie określano jako staromodne. Oddana całkowicie życiu domowemu, korzystała jednak chętnie z luksusów życia w cieniu męża, i przeżyła go o trzynaście lat. Nie lubiła pokazywać się publicznie, a jej zdjęcia można podobno policzyć na palcach jednej ręki. Jak choćby to, które prezentuję poniżej wykonane podczas dominowej rozgrywki z mężem, wielkim miłośnikiem tej gry:



niedziela, 26 marca 2017

Nie dziwi mnie, że syn Jacka Kuronia został kucharzem. Ale nawet gdy uprawia się apolityczny zawód jako osobowość telewizyjna trzeba nadal pamiętać, że nie kąsa się ręki, która karmi. W czasach komuny zapomniał o tym słynny „Wicherek“, z pozoru neutralny zapowiadacz pogody, i jego słynna fraza o tym, że „wiatr ze wschodu nie przynosi nic dobrego“ zakończyła jego medialną karierę. Obecnie poszalał w tym względzie słynny, krakowski krojczy cebuli. Zaczynając jako piewca rodzimej kuchni z ewentualną nutą obcej jednakże słowiańskiej okrasy idealnie wpisywał się w model telewizji narodowej. Ale gdy w kupowanych z abonamentu programach zaczął prezentować zapodawać zamorskie podróże kulinarne to wzbudziło to słuszną zazdrość, że za pieniądze oglądaczy urządza sobie hedonistyczne wojaże. Następnym krokiem zadufanego w swą bezkarność celebryty były niepochlebne wypowiedzi na temat jedynej, słusznej telewizorni. Może to forma dziwnej autopromocji nie mniej jednak mnie, który hejterstwo i nienawiść do jednostek wybijających się odziedziczyłem po polskich przodkach, oburzył fakt, że ten niby-kucharz podczas pobytu na Kubie zamiast gotować pogrywał sobie w domino, zapewne uprawiając hazard! O czym uniżenie donoszę a jako dowód prezentuję ten chałupniczo wykonany kadr z ekranu:

ps.
„Wicherek“ mylił się co do wiatru z wschodu: to w Moskwie powstał słynny łind of czeńcz, którego podmuch obalił mur w Berlinie

piątek, 20 stycznia 2017

Wybrałem się w wirtualną podróż do Republiki Dominikany, jednego z najbardziej zdominowanych krajów świata, za sprawą książki „Święto Kozła“, którą napisał Mario Vargas Llosa. Trochę dlatego, że ostatniego noblisty to nie ma za bardzo co czytać (czekam kiedy Oskary będą dawać za filmy na jutubie) a trochę przez „Rozmowę w Katedrze“, którą przeczytałem bo według jednej z internetowych recenzji w „Polsce lat 70. ta powieść spełniała oczekiwania, których wówczas nie mogła spełnić literatura polska! Czytano tę książkę jako opis polskiej rzeczywistości, a cenzura tego nie zauważyła!“ Czy podobnie będzie ze „Świętem Kozła“? Dla mnie głównym motywem książki jest udany zamach na Rafaela Trujillo, suwerena rządzącego Dominikaną w latach 1930-1961. Autor przedstawia go, podkreślając jego fascynację „Quo vadis“, jako Cezara z Karaibów, seksualnego rozpustnika i krwawego hegemona, który swoich wrogów wrzucał na pożarcie rekinom zamiast lwom. Wątek, spinającej klamrą całą książkę wzorowany na biblijno-mitologicznej opowieści, w której wierny wyznawca składa Bogu w ofierze swe dziecko, czyni z Rafaela Trujillo dominikańskiego boga. A przecież przez ostatnie dziesięć lat swego żywota nie sprawował on żadnej państwowej funkcji. Wszystkie urzędy w państwie obsadził rodziną oraz wiernymi sobie akolitami aby zręcznymi intrygami sterować całym narodem. Był po prostu El Jefe. Zanim jednak zdążył podpalić tę karaibską wyspę jak Neron Rzym, przebiegli Jankesi, którzy nie chcieli żeby na wyprzedaży po pożarze władzę przejęli komuniści jak na pobliskiej Kubie, podpuścili paru prawicowych patriotów, którzy go skutecznie zabili. Lecz to nie oni stali się beneficjentami tego zamachu lecz Joaquín Balaguer ówczesny marionetkowy Prezydent Dominikany. Gdy bohaterka wątku biblijno-mitologicznego po 30 latach od swoje ucieczki odwiedza Dominikanę dr Balaguer jest znowu prezydentem. Po raz kolejny. W sumie był prezydentem przez 24 lata lecz wiele wskazuje na to, że niejedne wygrane wybory były prawdopodobnie sfałszowane. Z lat 60. pochodzi wyborcze domino, którego pudełko zdobi portret Balaguera oraz jego hasło wyborcze a na kamieniach zamiast mydła jest również jego portret.   

Jeżeli mój dekadencki i nihilistyczny wpis nie przekonał Cię do lektury polecam Cień dyktatora czyli zapis rozmowy-wywiadu dwóch miłośników Dominikany.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7