kontakt: kuba.libre
USUŃ @poczta.fm

zapiski gracza w domino

miejscówki

piątek, 20 lipca 2018

Dość dawno temu dzielny milicjant na motorze w ramach kary za jazdę w dublecie na rowerze dokładnie na winklu wypuścił powietrze z kół wspomnianego już bicykla uniemożliwiając szybkie acz ekwilibrystyczne dotarcie do domu dwóm pacholęciom: mojemu koledze i mnie. Niedługo potem mój kolega (właściciel roweru) na stałe wyjechał z Polski. Potem przysłał mi kartkę pocztową z H., gdzie zamieszkał wraz z mamą. Wtedy gdy panował jeszcze Edzio Kredytobiorca, miasto H. wraz z przynależną resztą to była ziemia obiecana, mlekiem i miodem płynąca kraina wszelkiej szczęśliwości miszczów świata w harataniu w gałę. Oni zdobywali kolejne tytuły a ja o zobaczeniu miasta H. mogłem pomarzyć unurzany w rzeczywistości, na której czele stał General Spawacz.  A teraz…. W sumie jeszcze rok temu wygrana w domino z Kolegą Makgajwerem była bardziej prawdopodobna i przyniosłaby mi więcej radości niż to, że dzisiaj jestem w tymże mieście H., gdzie zapędził mnie los jako przymuszonego ekspatę. Zresztą nie jestem tu po to abym spotkał Kasię z H. i pograła z nią w domino! Ciekawe jak jest szansa żebym odnalazł kolegę i zasiadł z nim przy browarku do dominowej partyjki, wspominając naszą rowerową przygodę? A i frytki do tego:

Ciekawe jest również to, że miasto, w którym mieszkami (i gdzie popełniłem powyższe zdjęcie) oraz miasto H. jeszcze 74 lata temu leżały  tym samym państwie…

piątek, 11 maja 2018

Oczywiście zawsze można w garażu trzymać samochód ale (na pewno z
z USA) dotarła do nas taka zaraza, żeby użytkować garaż w sposób alternatywny. Mój kolega zamiast fury ulokował tam swój biznes. Bo w garaży zaczynali: Disney, Amazon, Apple, Nike, Mattel, Microsoft...  Ale większość znanych mi miłośników alternatywnego użytkowania garażu transformuje go w graciarnię. Należy więc projekt „garage 2 garbage“ uznać za rozwiązanie mainstreamowe.
A przecież garaż to idealne miejsce na męski azyl: rozwiązanie doskonałe bo niezależnie od okoliczności przyrody w takiej męskiej czilałtowni zawsze można elegancko spędzić czas. Z dala od gderania i bycia w zasięgu... Majsterkować można, grzebać przy motorze można albo znaczki oglądać... Whatever.
Oczywiście wymaga to trochę wysiłku: posprzątania, pomalowania ścian, wstawienia jakiś mebli z odzysku, powieszenia na ścianach plakatów z niuniami w dezabilu itd. Badania dowodzą, że posiadanie azylu wpływa u osobnika płci męskiej na długowieczność: hobby w jego zaciszu samoistnie reguluje poziom ciśnienia krwi i zdecydowanie redukuje stres. A jeżeli do tego dodać piwko i domino:

Oczywiście zawsze można w garażu trzymać samochód....

sobota, 21 kwietnia 2018

Nigdzie nie wybieram się w ten najbliższy zdwojony łikend majówkowy i tęsknię już do wakacji... Ale raczej nie wybiorę się do Avión. To dość ekscentryczna miejscowość wakacyjna leżąca w hiszpańskiej Galicji. Mimo, że leży 50 km od najbliższej plaży to tamtejsze rezydencje czy też domy mogłyby z powodzeniem stać na zamożnych przedmieściach Miasta Aniołów czy też Miami, a ulicami pomykają merce i bemy. Wszystko to wtórny efekt emigracji sprzed dwóch pokoleń. Pod koniec XIX wieku miejscowość opustoszała a ludzie za pracą wyjeżdżali nie tylko do wielkich hiszpańskich czy europejskich metropolii ale również do Ameryki. Ale bez względu na to, gdzie trafili nie wyrzekali się swojej kultury, trzymali się z innymi krajanami, pobierali między sobą, jedli galicyjskie potrawy i... grali w domino. A ci, którym się poszczęściło, wracali tam w czasie wakacji. Ta tradycja wciąż żyje i dlatego obecnie co lata populacji Avión wzrasta nawet trzykrotnie. Wielu gości to wnuki bądź prawnuki byłych mieszkańców. I właśnie dlatego już kilkakrotnie do tej deszczowej, górskiej wioski przyjeżdżał Carlos Slim, na początku obecnej dekady najbogatszy człowiek świata a obecnie zajmujący 6. miejsce w tym rankingu. Tego meksykańskiego krezusa, potomka libańskich emigrantów, niezmiennie gości tam w swojej wakacyjnej rezydencji Olegario Vázqueza Raña, meksykański miliarder, będący potomkiem galicyjskich imigrantów. Ci panowie, i ich pieniądze, powinni siedzieć przy eleganckim, wyłożonym zielonym suknem stole do ruletki w Monte Carlo ale skoro są w Avión to co najwyżej mogą zasiąść przy wytartym, pozbawionym obrusu stole lokalnego baru do wieczornej partyjki domina. Fałszywa skromność czy też wielkopańska ekstrawagancja? I fotka do tego:

piątek, 06 kwietnia 2018

Toczą się nobliwie ulicami Hawany: na łysych oponach, wypłowiałe od słońca, z kutymi ręcznie resorami, napędzane ekonomicznym, radzieckim silnikiem, z filtrami ze słoików, z chałupniczo wyrabianymi azbestowymi okładzinami hamulcowymi, z mieszanką szamponowo-rumową zamiast płynu hamulcowego. Kiedyś hawańska starówka zamieniona zostanie przez rozrywkową korporację na etnograficzny park rozrywki i wówczas oryginały, zastąpione przez plastikowe podróby, trafią do garaży niemożliwie nadzianych snobów. Ale nie jest to pomysł nowy bo pod koniec lat 80. wpadła na niego komunistyczna nomenklatura i kubański rząd zaczął oldtimery skupować lub wymieniać na nowe Łady aby potem z zyskiem sprzedawać je za granicą. Wstyd: przecież to czysta spekulacja, która powinna być obca socjalistycznej gospodarce ale pecunia non olet. Nie udało się jednak pozyskać w ten sposób chryslera, którego właścicielem był Ernest Hemingway. Pisarz kupił go za 3924 USD a kubański rząd próbował go pozyskać od ostatniego, kubańskiego właściciela, emerytowanego policjanta oferując w zamian Ładę, ale ten zażądał domu. Negocjacje się przeciągała a w między czasie były policjant furę ukrył i tratwą popłynął do Miami. Podobno słynny wehikuł odnaleziono w 2011 roku a jego renowacji podjął się też słynny „policjant“ - David Soul czyli Hutch z serialu „Starsky  i Hutch“. Jednak według miejskiej legendy chrysler, święty graal kubańskiej motoryzacji, nadal stoi sobie spokojnie gdzieś na prowincji w garażu, przed którym rozegrano już niejedną partię domina, i czeka na swego motoryzacyjnego Indianę Jones’a lub Larę Croft.

piątek, 06 października 2017

Skłot (albo squat) to opuszczona nieruchomość zajęta przez dzikich lokatorów najczęściej bez zgody ich właścicieli. Według obiegowej opinii europejski skłot to miejsce gdzie mieszkają ćpuny lub dziwacy czyli zło tępione przez normalnych, praworządnych, sui iuris obywateli.
A jaki jest skłot w wydaniu południowoamerykańskim?
Zaplanowana przedolimpijska poprawa warunków życiowych faveli w Rio de Janeiro przewidywała niestety, że cześć kosztów reformy poniosą ich mieszkańcy. Zmusiło to najbiedniejsze rodziny do samo-eksmisji z takich liftingowanych dzielnic biedy i przejścia w sferę skłotingu. Poniższe zdjęcie pochodzi z faweli Mangueira, gdzie mieszka się bez prądu, wody i kanalizacji, edukacji i służby zdrowia, w odległości zaledwie dwóch okrążeń stadionu obok słynnej Maracany, której niedawna, mundialowo-olimpijska modernizacja pochłonęła pół biliona dolarów. I właśnie w takich miejscach grywa się w domino (na paramedycznej podkładce i oczywiście na kasę):

niedziela, 23 kwietnia 2017

Poczta elektroniczna nie wymaga użycia znaczków pocztowych. W czasach „Sklepów cynamonowych“ i „Sanatorium pod Klepsydrą“ zgromadzone w markownikach były ambasadorami krajów, archipelagów, wysp. Z nabożną czcią odklejane nad parą od kopert przełamywały dogmat, że świat jest „ograniczony Franciszkiem Józefem I“ a „wszystko inne jest urojeniem, dziką pretensją i uzurpacją“ udowodniając, że jednak „świat jest nieprzeliczony“. Znalazłem znaczek pocztowy z Mayotte (AD 2004) z egzotyczną parą grającą w domino. Majotta to wyspa w archipelagu Komorów gdzieś pomiędzy Madagaskarem a Mozambikiem. Od 2014 roku jako francuska dependencja posiada status regionu najbardziej oddalonego w Unii Europejskie, i stała się tylnym wejściem do Europu dla nielegalnych emigrantów. Jej byt uzależniony jest od francuskich (i unijnych) subwencji bo nie rozwinął się tam przemysł turystyczny, będący jedyną sensowną alternatywą ekonomicznej niezależności dla tak rajskich lokalizacji. Poza emigrantami przybywają więc tam tylko hardkorowi turyści, ekspaci oraz misjonarze. Bywają wśród nich również Polacy. Najbardziej zaskoczyła mnie relacja pewnej Polki, która mieszkała tam dwa lata! Domino przywlekli tam zapewne Francuzi, którzy w XIX wieku, gdy gra była mega popularna w Europie, zajęli całe Komory. W tym samym czasie znaczek pocztowy stał się powszechną formą opłaty za usługę pocztową. 

sobota, 01 kwietnia 2017

Jeżeli nie wybrałeś jeszcze destylacji destynacji na majowy łikend to polecam San Escobar. Ta skromnie wciśnięta gdzieś między Meksykiem i Gwatemalą na wybrzeżu Morza Karaibskiego kolejna dominowa republika uwiedzie każdego turystę. Tak twierdzi autor niewydanego jeszcze przewodnika, który niedawno dostałem do recenzji. Jest to wybitny znawca Karaibów, autor przewodnika: „Dominikana” (Wydawnictwo Pascal, „Złota Seria”, I wyd. Październik 2014), który przez 10 lat prowadził bloga „Karaiby i inne rewiry” (obecnie: Caribeya.pl) oraz współtwórca i współwłaściciel firmy importującej rękodzieło z Karaibów i Ameryki Łacińskiej. Poleca on aby nie ograniczyć się tylko do zwiedzenia Santo Subito z kolonialną starówką czy też odpoczynku na rajskiej plaży Esperal. Warto wjechać zabytkowym funicularem na jedno ze wzgórz Pan Con Tomate skąd na stolicą spoziera gigantyczny św. Sebastian – patrona miasta. Należy też odwiedzić klimatyczne Tulis Manorę, urocze San Daos i Pas Manterię, zobaczyć Pati Sony w El Tamburino, wciągnąć atmosferę Los Jabolos i Los Samogonos na północ od Bimbero Grande. Prawdziwy dominowy aficionado powinien odwiedzić nieco szemraną dzielnicę Carne Gole na przedmieściach Audiovideo. Mniej ekstremalny gracz wybierze raczej wieczorną partyjkę o zachodzie słońca przy plaży Esperal znanej z powieści „DecoMorreno” wybitnego sanescobarskiego pisarza Cacao (wyd. Extra Ciemne):

piątek, 17 marca 2017

W Moskwie nienawidzą rosyjskiej rzeczywistości, pomieszkują "na skraju miasta w nowym budownictwie. Na podwórzu faceci w dni wolne od rana do wieczora przeklinają, grają w domino albo w karty o flachę wódki". W Nowym Jorku mieszkają "na Brooklynie... Wszędzie rosyjska mowa i rosyjskie sklepy. W Ameryce można się urodzić z rosyjską akuszerką, uczyć się w rosyjskiej szkole, pracować u rosyjskiego właściciela, chodzić do spowiedzi do rosyjskiego kapłana... W sklepach można dostać kiełbasę Jelcynowską, Stalinowską, Mikołajewską... i słoninę w czekoladzie... Staruszkowie na ławkach grają w domino i w karty" (ale czy też o flachę wódki...).
Miałem dokończyć Sołżenicyna. Już raz odłożyłem tę lekturę. W zamian przeczytałem "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" jako post mortem komunizmu i day after "Archipelagu GUŁag"...
"Myśmy budowali komunizm, a zbudowali go Amerykanie" - tak zapewne myśli również niejeden z grających w domino przy plaży Brighton Beach, nowojorskiej dzielnicy nazywanej Małą Odessą:

wtorek, 28 lutego 2017

Złota Uliczka, miejsce gdzie według romantycznej, miejskiej legendy pracowali alchemicy Rudolfa II, poszukujący kamienia filozoficznego, nazwę zawdzięcza mieszczącym się tu ponoć potem pracowniom żydowskich złotników. Prawda jest taka, że w XVI wieku do wnęk zamkowych murów obronnych dobudowano obskurne, drewniane budy, jako tymczasowe lokum dla  strzelców zamkowych. Zabudowa była po obu stronach, tak że szerokość uliczki nie przekraczała miejscami jednego metra. Potem mieszkała tam praska biedota. W XVIII wieku cesarzowa Maria Teresa nakazała zastąpić walące się, zaniedbane drewniane rudery domkami z cegły po jednej stronie ulicy. Pod koniec XIX wieku zamieszkała tam praska cyganeria. Na początku XX wieku stała się ulicą literatów. Bywał tu Franz Kafka oraz mieszkał Jaroslav Seifert, laureat literackiej Nagrody Nobla. Kolejną przemianę uliczka przeszła w latach 50. XX wieku. Wysiedlono mieszkańców, bajkowe domki pomalowano na pastelowe kolory zamieniając je w sklepy z pamiątkami. Średniowieczny slums stał się jedną z najsłynniejszych atrakcji Pragi. Jestem pewien, że kiedyś całe podzamcze wyglądały podobnie jak Złota Uliczka za czasów Rudolfa II. Ich współczesną wersją są brazylijskie fawele. Podobnie jak Złota Uliczka powstały dla żołnierzy – zdemobilizowanych weteranów wojny domowej w Canudos a nazwa fawela pochodzi od nazwy rośliny jakie porastała wzgórza na jakich wyrosły. Malutkie domki zbudowane z byle czego nie wyglądają  jednak jak te z obecnej Złotej Uliczki. Ich płaskie dachy, które przypominają mi współczesne greckie domy niedokończone aby nie płacić podatków, idealnie nadają się na dominową miejscówkę:

chociaż mam świadomość, że dzisiaj czyli w ostatki nikt nie będzie grał w dachowe domino kiedy w Rio kończy się karnawał…

piątek, 27 stycznia 2017

Mrozy dochodzące do ponad 50 stopni, nieustanne, czasami wielodniowe  ciemności, wszechobecny brudny śnieg, lodowaty wiatr  wyjący całymi nocami wśród labiryntu blokowisk, zapach siarki unoszący się nieustannie w powietrzu… To nie zakazane miasto-widmo z filmy albo gry komputerowej z Riddickiem - antybohaterem w goglach spawacza. To Norylsk. Został zbudowany na chwałę Kraju Rad  przez więźniów łagrów w latach 30. XX wieku aby wydrzeć z wiecznej zmarzliny i przerabiać ogromne ilości metali m.in. miedź, nikiel, kobalt, platynę i pallad. Obecnie znajduje się tam największy na świecie zakład wytopu metali ciężkich - Norilsk Nikiel. Jest to największe miasto (130 tysięcy mieszkańców) wysunięte najdalej na północ naszej półkuli. Oficjalnie z uwagi na ewentualne ataki terrorystyczne to miasto zamknięte dla obcokrajowców, co pozwala skutecznie ukryć prawdziwe rozmiary tamtejszej katastrofy ekologicznej. W zeszłym roku płynąca niedaleko miasta rzeka zmieniła kolor na czerwony. Zresztą zimą miasto jest całkowicie odcięte od świata (nie prowadzi tam żadna droga lądowa ani linia kolejowa) więc nikt nie może ani przyjechać ani wyjechać. Mieszkańcy żyje się tam jak kolonizatorzy na obcej planecie. Dodatkowo efekt cieplarniany powoduje, że wieczna zmarzlina zaczyna się roztapiać i może pochłonąć zbudowane na niej budowle zakazanego miasta. To wystarczy żeby mieć tam permanentną depresję i samobójcze myśli. Nie wiem czy w takich okolicznościach przyrody potrafiłbym się skupić przy grze w domino jak to czynią miejscowi podobnie jak kosmiczni kowboje z filmowej opowieści o Riddicku.

Autorką zdjęcia, które było inspiracją do dzisiejszego wpisu, jest Elena Czernyszowa i jest one częścią jej fotograficznego projektu Days of Night – Nights of Day, na podstawie którego wyprodukowała też krótkometrażowy film dokumentalny „The Hidden City”.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7